Moje wspomnienia ze slubu Farruco
Kochani, bawiłam się na prawdziwym cygańskim weselisku!
I chciałabym wam o tym opowiedzieć…
********************************************************

Ach! Co to był za ślub!!
3 września 2010 r. o godzi. 21.00
Antonio Fernandez Montoya /el Farru/ pojął za żonę Juli Moreno Manzano .
Ceremonia zaślubin miała miejsce w wielkiej katedrze w samym sercu Sewilli / Giraldzie/ gdzie biorą śluby ważne osobistości i wielkie gwiazdy.
Antonio Montoya, jest wielką gwiazdą, jest młodym tancerzem z dynastii Farruco, jego bracia to słynny „Farruquito’ i „El Carpeta” a mamą jest Farruca
Od dziecka związany był ze sztuką flamenco przez duże S.
Jego dziadek -Antonio Montoya Flores – „ Farruco”, przekazał cały swój artystyczny dorobek i genialne geny swym wnukom: Farruquito, Farru, Barrullo i El Carpeta.
Ci bracia, połączeni więzami krwi i duchem „Duende”, są do dzisiaj wierni swojej cygańskiej tradycji, wierni temu co przekazał im patriarcha ich rodu. Są – Puro.
Do Sewilli przyleciałam 2 września, dzień przed ceremonią.
Na lotnisku czekał na mnie Rafa Fajardo, gitarzysta flamenco, mój dobry przyjaciel.
3 września 2010 w Sevilli panował wielki upał . Rafa przywiózł mnie samochodem w okolice Giraldy. Niestety nie mógł podjechać pod samo wejście, ponieważ ruch samochodowy jest tam zabroniony. Przeszłam spory kawałek na piechotę. Pod pachą dźwigałam prezent, który kupiłam w imieniu swoim i was wszystkich dla Farru, figurkę tancerza flamenco, odlaną z grubego szkła i zapakowaną w całkiem spore pudełko. Kiedy szłam w stronę Giraldy już z daleka zauważyłam grupę ludzi zgromadzonych przy dorożce, w której siedział pan młody ze swoją najbliższą rodziną.
Wszyscy śpiewali.
Farruca ( matka Pana Młodego) śpiewała, że to co ma najlepsze w domu, właśnie odchodzi, że inna zabiera jej to co ma najdroższe.. ( syna)
Inni wznosili okrzyki–„Wiwat Pan młody!!” Po 15 minutach weszliśmy do Katedry. W środku były przepiękne marmurowe ołtarze, zapalone świece, panował bardzo podniosły nastrój.
Katedra szybko zapełniła się zaproszonymi gośćmi. Prawie wszyscy byli Cyganami. Niektórych znałam przedtem tylko z okładek płyt czy z telewizji i z koncertów. Wszyscy oczekiwaliśmy na przyjazd Panny Młodej. Zwyczajem jest, że Panna Młoda powinna się trochę spóźnić.
Farru miał na sobie piękny ciemny, lśniący garnitur, zaprojektowany przez Victorio Lucin a jego długie włosy splecione były z tyłu w warkocz. Wyglądał jak młody książę z XIX w.
Kiedy weszła Panna Młoda, nastrój był bardzo podniosły, wszyscy patrzyli tylko na nią. Do ołtarza prowadził ją brat Pana Młodego, Juan Motoya „Farruquito”. Ich wejściu do katedry towarzyszyła przepiękna muzyka. Na skrzypcach grał Bernardo Parilla, najlepszy skrzypek flamenco.
Panna Młoda ubrana była w białą suknię z bardzo długim trenem, zaprojektowaną przez słynną projektantkę sukni flamenco Vicky Martin Berrocal. Wyglądała w niej zjawiskowo pięknie i wytwornie .
Pan Młody, podobnie jak wszyscy zebrani goście, był zachwycony widokiem swojej narzeczonej. Po ruchu jego warg poznałam, że przywitał ją słowami – „ Que guapa!”( jaka jesteś piękna) od pierwszego wejrzenia widać było, że łączy ich prawdziwa miłość. Poznali się będąc jeszcze dziećmi. Ich dziadkowie bardzo się przyjaźnili, potem ta przyjaźń przeszła na innych członków rodziny, aż w końcu doprowadziła do połączenia tych dwóch rodów cygańskich, świętymi więzami małżeństwa. Antonio i Juli przez 5 lat byli parą . Od dziadka Panny Młodej, dowiedziałam się, że tak długo zwlekali ze ślubem, ponieważ Farru postanowił, najpierw kupić dom dla swojej narzeczonej, aby po ślubie mogli w nim rozpocząć wspólne życie. Z pewnością wielu mężczyzn ma takie samo marzenie, ale tylko nie licznym udaje się je spełnić. Ale powróćmy do katedry. Państwo młodzi stali przy ołtarzu obok nich stała matka i brat pana młodego. Ksiądz który udzielał im ślubu, musiał często delikatnie poskramiać spontaniczne okrzyki gości i prosić o zachowanie ciszy. Nie było to łatwe bo w kościele aż wrzało, temperament Cyganów z Andaluzji jest jedyny w swoim rodzaju. Wszystkie kobiety miały na sobie przepiękne suknie: długie, strojne, w stylu flamenco oczywiście, miały kwiaty we włosach, kolorowe spinki, długie kolczyki.. i wszystkie miały wachlarze. W katedrze słychać było szum rozmów i szum ruchu wachlarzy.. Bez wachlarza trudno było wytrzymać, upał był tak wielki, że makijaż spływał po twarzy.. Podczas ceremonii, kilka razy rozległy się przepiękne głosy śpiewaków flamenco, między innymi śpiewał bardzo znany śpiewak „ Arcangel” Był też wielki śpiewak – Manuel Molina, którego znałam z płyt „ Lole i Manuel”. Był ubrany całkiem na biało w lnianych spodniach i w lnianej koszuli. Miał długie włosy i długą brodę Wyglądał niczym stary mędrzec.
Cyganie na ślub przyszli z całym rodzinami, przyprowadzono małe dzieci, od niemowląt w wzwyż, nie brakowało też starców. Widziałam piękną młodą Cygankę, która miała protezy nóg i była niesiona przez swoich braci. Tego dnia po prostu, nikt nie został w domu, wszyscy przyszli na ślub. Ksiądz miał, pouczające kazanie, mówił o tym, żeby Państwo Młodzi zawsze pamiętali ten dzień, choć jest to tylko początek ich wspólnej drogi i że powinni każdego dnia budować swoją relację z miłością i zrozumieniem. Większość Cyganów obecnych na ceremonii, nie uczęszcza na mszę do Kościoła Katolickiego, ponieważ należą do chrześcijańskiej wspólnoty pod nazwą „Filadelfia” gdzie czczą Jezusa, na sposób protestancki, bez wizerunków świętych i ołtarzy, słuchają Słowa Bożego od Pastora i swoje uwielbienie do Boga wyrażają śpiewając flamenco, podobnie jak afro-amerykanie, którzy śpiewają gospel. Jednak muszę przyznać, że choć to nie był „ich Kościół” to podczas ślubu zachowywali się z szacunkiem do katolickich obrządków. Po ceremonii, kiedy Młodzi powiedzieli już sobie – „ Si, quiero” (Tak, chcę) nastąpiła część mniej oficjalna . Państwo Młodzi stanęli przodem do zgromadzonych gości i ustawili się do rodzinnych fotografii. Podchodzili do nich wujkowie ciocie, przyjaciele, bracia i siostry.. chciałam podejść i ja, ale zabrakło mi odwagi. Wybaczcie..starałam się jak mogłam, w sposób dyskretny robić zdjęcia i nagrywać krótkie clipy, bo wiedziałam, że będziecie ciekawi, ale jak wiecie w takich chwilach trzeba umieć zachować umiar.
Przed katedrą były tłumy ludzi. Para Młodych pomału zeszła po schodach do czekającej już na nich dorożki, po drodze obsypywani byli konfetti i ziarnem na szczęście. W dorożce panna młoda zarzuciła przepięknie tren nad tylne siedzenie. Widać było jak misternie była uszyta jej suknia. Pod spodem było mnóstwo puszystych falban, które niczym mleczna piana opadły miękko na tył dorożki. .. Był to szczególny moment, Para Młoda wyglądała przepięknie Otaczało ją tylu kochających ją ludzi. A wysoko, nad nimi gwiaździste niebo. Ciekawe, która z tych mocno świecących gwiazd, będzie im sprzyjać przez całe życie… Ta noc była niezwykle ciepła. Przy takich upałach jakie są w Sevilli, nie dziwi mnie fakt, że śluby są zawierane przed północą, bo tylko wtedy temperatura na to pozwala. Kiedy tak się rozmarzyłam patrząc na Młodych, na ziemie sprowadził mnie odgłos tramwaju, który próbował przejechać przez wiwatujący tłum, nie robiąc nikomu przy tym krzywdy. Patrzyłam na ten widok z lekkim niepokojem, widząc te wszystkie rączki i nóżki dzieci i ludzi którzy wiwatowali zapatrzeni w parę nowożeńców.
Na szczęście ludzie się rozstąpili i zrobili drogę tramwajowi i nie doszło do żadnego rozlewu krwi.

Młodzi odjechali dorożką, a goście rozeszli się do swoich daleko zaparkowanych aut. Nie było to wygodne, zwłaszcza dla kobiet w pięknych pantofelkach na obcasach. Dlatego wiele pań szło do aut na boso. Widok niecodzienny, pokazujący, że wygoda ponad wszystko i że nie warto się przejmować, rzeczami, które tak naprawdę, nie mają znaczenia, taka jest właśnie filozofia Cyganów -cieszyć się życiem i być wolnym i za to ich kocham! Olé!
Na przyjęcie weselne jechaliśmy ok. 30 kilometrów. Przed wjazdem na posesję domu weselnego, sprawdzano wszystkim zaproszenia i dowody osobiste. Była noc, mnóstwo aut, przejechaliśmy wielką bramę i mieliśmy jeszcze podjechać 2 kilometry aleją, wzdłuż której rosły wysokie palmy, jedna przy drugiej, po obu stronach drogi. Goście jechali różnymi autami, niektórzy wieloosobowymi busami, niektórzy limuzynami w stylu gwiazd pop z przyciemnionymi szybami, niektórzy zwykłymi samochodami osobowymi. Przed hacjendą zaparkowało kilkaset aut.
Na wesele przybyło jeszcze więcej ludzi niż do katedry, szli na przyjęcie weselne z niemowlętami, z małymi dziećmi, z babciami, z dziadkami. Jednym słowem z całymi rodzinami. Taka jest cygańska tradycja, że na uroczystości idą razem. Dzieci i starcy towarzyszą im zawsze i nigdy im nie „przeszkadzają”. Można tylko pozazdrościć Cyganom tego, że nikt z nich, na starość, nie jest oddawany do domu starców. Dzieci opiekują się swoimi rodzicami do końca .
Hacjenda była imponująca. Na patio rosły drzewa i krzewy. Pomiędzy którymi stali kelnerzy częstując gości przekąskami i szampanem. Na schodach przed wejściem do sali, stał mężczyzna, który nalewał do kieliszków, wino tinto de Jerez, prosto z beczek, takim specjalnym kieliszkiem na długiej rączce. To nie lada sztuka trafić do takiego małego kieliszka, nie ulewając przy tym ani kropli. Przy degustacji tego wina, poznałam rodzonego brata, ojca pana młodego. Gdybym nie wiedziała, że „El Moreno” (taki miał pseudonim ojciec Farru) od kilku lat już nie żyje, myślałabym, że to był on. Niesamowite podobieństwo braci, ten sam ciemny kolor skóry, uśmiech odsłaniający biel zębów, spojrzenie, wzrost figura, ruchy i witalność.

Młodzi wjechali na patio limuzyną marki Rolls Royce. Wysiedli i jeszcze przez chwilę pozowali do zdjęć. Ja w tym czasie szukałam swojego nazwiska na liście zamieszczonej przed wejściem na salę. Każdy z gości miał swoje miejsce przy stole. Moje miejsce znajdowało się przy stole numer 10 o nazwie „Seviliana”J)
W Sali znajdowało się kilkadziesiąt wielkich, okrągłych stołów a przy każdym z nich siedziało ok. 10-12 osób. Stoły były zastawione przepysznym jedzeniem. Na pierwsze danie podali świeżutkie owoce morza z sosem, sałatką i winem. Był też typowy dla Andaluzji ser żółty „Manchego” A na drugie danie było: przepyszne duszone mięsko z warzywami i z dodatkami do wyboru, takimi jak pieczywo, ziemniaki.
Przy moim stole siedzieli Isabel i Jordi moi przyjaciele z Barcelony, oraz inne osoby wśród nich dziewczyna z Israela, która opowiadała mi, że zna całą rodzinę Farrucos, ponieważ jest ich osobistą masażystką!! Wyobrażacie to sobie, dotyka godzinami ciał tych wielkich gwiazd, przygotowując ich do występu jak również rozmasowuje zmęczone mięśnie po występie, dba o każdy milimetr materii, po przez którą manifestuje się duch flamenco. Tylko pozazdrościć takich rąk i takiej profesjiJ)
Ten porządek gości przy stole, bardzo mi się podobał. Pozwolił uniknąć chaosu. Przypomniało mi się, jak kilka lat wcześniej, kiedy żenił się Farruquito, prawie wszystkie stacje telewizyjne podawały relacje z tego ślubu. Głównie dlatego, że było kilka tysięcy ludzi, a więc o wiele więcej niż było zaplanowane, Cyganie przybywali tłumnie z całej Hiszpanii, że ochrona nie mogła opanować tego tłumu, że w pewnym momencie, brakowało jedzenia i miejsca dla wszystkich. Choć wesele miało miejsce, też na terenie dużej hacjendy, gdzie była nawet arena do walki z bykami. Tam właśnie zebrali się wszyscy goście, ponieważ żadna sala nie pomieściłaby aż tylu ludzi. Myślę, że rodzina Farruco, tym razem postanowiła uniknąć aż tak wielkiego rozgłosu. Ja do ostatniej chwili nie wiedziałam gdzie będzie się odbywało wesele. A kiedy byłam już na miejscu, słyszałam jak ludzie odbierali telefony i rozmawiali z osobami, które choć ich nie zaproszono, chciały wejść na przyjęcie weselne. Tłumaczyli, że było to niemożliwe, bo byliśmy 30 km od Sevilli w hacjendzie, oddalonej 2 km od bramy wejściowej, przy której stali ochraniarze i bez samochodu było ciężko się tam dostać. Tym bardziej czułam się naprawdę wybraną z wybranychJ
Podczas biesiadowania , do każdego stołu podchodził Farruquito i bardzo serdecznie pytał gości czy wszystko jest w porządku i czy niczego nam nie brakuje. To był naprawdę bardzo miły gest, czuliśmy się bardzo ciepło przyjęci. Od początku jak tylko przyjechałam do Sevilli czułam ogromna serdeczność od całej rodziny Farrucos. Od Faraony, która mnie zaprosiła, od jej siostry, od jej męża, od syna i córki, aż po jej staruszkę mamę, której towarzyszyłam później przy stole. Dostałam od nich tyle ciepła, że czułam się jak w swojej rodzinie. Na weselu grała wieloosobowa orkiestra, porywającą do tańca muzykę w stylu, rumby- salsy – flamenco. Ostatnio bardzo modny, nowy styl flamencoJ
Zrobiła się taneczna atmosfera, wszyscy ruszyli na parkiet, młodzi zatańczyli jako pierwsi, na parkiet wychodziły różne pary, niektórzy mężczyźni prosili kobiety do tańca, wychodzili na środek tańczyli chwilkę kilka „paso” i po chwili schodzili z parkietu. Miejsca nie było zbyt dużo, dlatego wiele osób stało i patrzyło się na tańczących. Stałam też i ja do czasu aż mnie nie porwał do tańca jakiś młody tancerz, chwilkę potańczyliśmy rumbę i przy dźwiękach palmas zeszliśmy z parkietu.. Ale cię cieszyłam, że ktoś mnie poprosił do tańca w takim tłumie.. Potem jeszcze kilka razy zostałam zaproszona na środek parkietu, ale oczywiście nie myślcie sobie, że to był taniec solowy, na parkiecie było ponad sto osób!!!

Piękne było to, że bawili się zarówno, dzieci jak i dorośli. Wszyscy się świetnie czuli. Spora część osób wyszła na patio. Była już godzina druga w nocy . Niektóre małe dzieci spały w wózeczkach, lub w śpiworkach na trawie. Stoły pomału znikały, kelnerzy uwijali się szybko, składali stoły, żeby było więcej miejsca do tańca. Nie wiadomo kiedy na scenę wskoczył Pan młody i zaczął śpiewać z orkiestrą, potem dołączył do niego Farruquito, potem Canelita, zrobił się super koncert, na perkusji zaczął grać el Pirańa słowem zrobiło się gorąco. Pomyślałam sobie – matko oni są niesamowici! Nie dość, że genialnie tańczą, to jeszcze śpiewają i mają ogromny repertuar, sypią tekstami jak z rękawa…bawią całą publiczność. To po prostu prawdziwi artyści stworzeni do tego, żeby być na scenie. Mają tyle do przekazania…Pięknie było ich widzieć „w akcji” ale najlepsze było jeszcze przede mną.****************
Nigdy przedtem nie byłam na weselu Cyganów, choć było to moim największym marzeniem, ale wiecie jak to jest, zdawałam sobie sprawę z tego, że Cyganie na takie uroczystości zapraszają tylko wybrane osoby i że trzeba mieć wielkie szczęście, żeby tam się dostać. Słyszałam wiele na ten temat, czytałam, oglądałam na youtube, na dvd, w kinie, ale nigdy nie myślałam, nawet w najśmielszych moich marzeniach, że kiedykolwiek dostąpię tego zaszczytu jakim było uczestnictwo w weselu samego Farru!! Olé!! A już na pewno do głowy by mi to nie przyszło, w momencie jak w 1992 roku przekraczałam na piechotę po raz pierwszy granicę Hiszpanii mając tylko dziesięć dolarów w kieszeni.
Dlatego kiedy Faraona zadzwoniła do mnie i oficjalnie zaprosiła mnie na ślub swojego siostrzeńca, miałam łzy w oczach..

Na weselu nie chciałam stracić nawet jednej sekundy, byłam tak pochłonięta tym co się tam działo, a działo się. Oj! Działo! W pewnym momencie orkiestra przestała grać, goście ustawili w kręgu swoje krzesła i zaczęła się prawdziwa uczta!!!
Przede wszystkim królował śpiew i to bez mikrofonu, więc ludzie uciszali się nawzajem żeby wszyscy mogli usłyszeć głos śpiewaka. Czasami był to jeden głos czasami kilka, czasami mocniejszy a czasami taki cichy z głębi serca przeciągany dźwięk aż do bólu, poczym następował okrzyk zgromadzonych –Ole!!!
Kobiety śpiewały typową pieśń „..Flores en el aire…” pieśń ta dotyczy tematu czystości Panny Młodej. Według starej tradycji cygańskiej Panna Młoda musi być dziewicą. W noc zaślubin, oddala się od Pana Młodego do specjalnie przygotowanego pokoju, aby w obecności wybranych kobiet, wśród których jest matka Pana Młodego i tzw. „Juntaora” oraz kilka innych starszych kobiet, przejść próbę swojego dziewictwa . Robi to właśnie „Juntaora”w tym wypadku była to Faraona. Kiedy wszystko jest tak jak należy, kobiety wracając do gości trzymając w rękach białą chustkę zawiązaną w formie kwiatu. Jest to znak , że Panna Młoda była dziewicą. W środku powinny znajdować się jasno brązowe plamki, które z czasem ciemnieją, ale oczywiście goście tego nie widzą, wzór jaki tworzą na białej chusteczce są porównywane do kwiatów( flores) „Flores en el aire” znaczy „ kwiaty w powietrzu” dlatego, że kobiety trzymają w górze tą chusteczkę i wymachują, tak żeby wszyscy ją widzieli, śpiewając przy tym tą pieśń. W tym samym momencie panna młoda przebrana w nową suknie jest niesiona na ramionach mężczyzn z rodziny i powoli zbliża się do pana młodego który jest niesiony również na ramionach innych mężczyzn. Podobnie jak przy obchodach świąt wielkiej nocy niesione są święte ołtarze na ramionach mężczyzn.
W pewnym momencie widziałam jak inni mężczyźni też byli podnoszeni do góry i niesieni na ramionach. Wszyscy oni rwali na sobie koszule! To też jest związane z cygańskim zwyczajem, że mężczyźni rozdzierają na sobie koszule. W ten sposób chcą wyrazić swoją dumę i radość z tego właśnie, że Pan Młody żeni się z dziewicą. Widziałam jak wielu miało rozdarte koszule i byli tylko w samych kołnierzykach. Śpiewano przy tym alborea słynne palo de flamenco, które wykonuje się tylko na cygańskich weselach „Juli,Juli tu te has portao, que a los Farrucos has coronao… ay yeli , yeli, yeli” ( Juli, tak dobrze się sprawowałaś, że ród Farrucos ukoronowałaś) Podczas tego rytuału obsypywano Parę Młodą migdałami i takimi kolorowymi jajeczkami.. jedno takie jajeczko nagle wpadło mi za dekolt. .hihihi.. Czy może to znak, że ja też wyjdę za mąż niebawem?
Atmosfera była już bardzo rozgrzana, niesienie Państwa Młodych na ramionach i obsypywanie tymi jajeczkami trwało tak długo, że rozdeptane jajeczka utworzyły na parkiecie biały piasek..Niektóre kobiety do tego celu założyły specjalne fartuchy z kieszeniami inne miały wiklinowe kosze wypełnione migdałowymi jajeczkami z których to całymi garściami sypały wokół pary młodej. Kiedy młodzi zeszli z ramion mężczyzn. Panna młoda rozdała gościom prezenty, były to małe upominki takie jak kapcie, szminki, i jeszcze inne, ale w takim tłumie trudno było mi zobaczyć.. cały czas były śpiewy i śpiewy..nie zabrakło i tańców. Taniec był improwizacją, był spontaniczny i nie zbyt długi. A tańczyli tylko sami najlepsi m.in. Farru, Farruquito i Barrullo. Tańczyły nawet niektóre dzieci np: syn Octavia – Lolo dał piękny popis swojego tańca flamenco. Alegria, siostra Farru, też pokazała swój kunszt. Ale kiedy wyszedł na parkiet „El Carpeta” zapanowało nagle wielkie skupienie, ludzie byli w niego tak wpatrzeni. Trzeba przyznać, że jest w tym chłopcu coś niesamowitego, kiedy tak stał i wsłuchiwał się w śpiew śpiewaka, i wyczekiwał kiedy nadejdzie ten specjalny moment inspiracji, ten jedyny moment który pozwoli mu „odlecieć i poszybować wysoko” w tańcu, napełnić przestrzeń energią ducha flamenco „Duende”. Ruch jego rąk był przepiękny. Piękne smukłe ramiona, długie włosy, ciemna skóra i ten moment, kiedy zrobił kilka obrotów, potem szybko wykonał step nogami, wyskok w górę i to wszystko w tak niesamowicie szybkim tempie, że wszyscy powstali z krzeseł z okrzykiem OLÉ!!!!!!! Nikt tego wieczoru nie dostał tak intensywnych braw i nie wydobył tak głośnego i spontanicznego okrzyku Olé!! Jak młodziudki „El Carpeta” Nie bez kozery mówi się, że ten chłopiec jest już wielkim tancerzem a w przyszłości, będzie jeszcze większym.
Przechodziłam w różne miejsca na sali szukając miejsca z którego, mogłabym jak najlepiej zobaczyć to co się działo na środku . Farruquito , Farru, Arcangel, Canelita i wielu innych artystów , dawali wspaniały koncert. Pieśni płynęły im z serca. Farruquito tego wieczoru cały czas śpiewał, po raz pierwszy widziałam go w takiej roli, podobnie Farru. A Farruquito jeszcze do tego, grał na gitarze. W pewnym momencie zaśpiewała Panna Młoda, która do tej pory siedząc, uważnie przysłuchiwała się innym, kiedy usłyszała pieśni którą zadedykował jej Farru w odpowiedzi na jego śpiew wstała i przepięknym głosem zaśpiewała: że jest wzruszona, że jej ciało drży na jego widok i że jej serce bije tylko dla niego… jej głos był bardzo głęboki i delikatnie jazzujący. Byliśmy pod wrażeniem jej talentu i możliwości głosowych jakie posiada. Zrozumieliśmy, że oprócz urody ma przepiękną duszę i że nie bez przyczyny Farru wybrał sobie właśnie ją za żonę.
Powoli na sali robiło się coraz mniej tłoczno.

Na zewnątrz wschodziło słońce, moi znajomi odjechali zostałam tylko ja i Isabel, wiedziałyśmy, że nie mamy transportu do Sevilli, ale w ogóle nas to nie zmartwiło, bo chciałyśmy zostać do samego końca, nawet za cenę powrotu autostopemJ)
Teraz dopiero było cudownie ! Za oknami świt a w sali coraz piękniejsze śpiewy, coraz piękniejsze tańce.
Farruquito unosił się jak w powietrzu, jego taniec był tak lekki. Podłoga była kamienna i do tego śliska, wiec ją czymś posypano, ale to w ogóle nikomu nie przeszkadzało, oni by tańczyli nawet na lodzie jakby chcieli, to są niesamowici tancerze, potrafią tańczyć w powietrzu
Barullo ( syn Faraony) dał niesamowity popis taneczny, bardzo szybko i mocno stepował, przy ostatnim obrocie lekko się poślizgnął, wyglądało to groźnie. Farona, jego m mama, zasłoniła ręką twarz ale na szczęście nic mu się nie stało. Jak patrzyłam na tą podłogę to sobie myślałam, Boże na takich twardych kamieniach, stepują, to musi być strasznie bolesne dla ich stawówJ) ale co tam, oni maja przecież po dwadzieścia lat kto w tym wieku myśli o stawach.. Jakby nie było, to oni byli nie do pokonania. W końcu zostało już bardzo ścisłe grono, była chyba już ósma nad ranem, usiadłam chwilkę obok babci Pana Młodego. To Ona była żoną
„El Farruco”, któremu urodziła tyle sławnych dzieci, dzięki którym ma teraz tylu utalentowanych wnuków. Babcia, była bardzo wytrwała, choć jest w podeszłym wieku i widać, że cierpi na jakąś chorobę, ale dzielnie przesiedziała całą noc, nad ranem posadzono ja na patio na słoneczku, siedziałam z nią troszeczkę i rozmawiałam o tym jak się czuje? Czy podobało się jej wesele jej wnuka? Nagle Babcia poprosiła mnie żebym ją podrapała pod pachą bo bardzo ją swędziało a sama nie mogła się podrapać. Oczywiście, chciałam jej ulżyć ale nie potrafiłam znaleźć tego centrum, na szczęście panna młoda zauważyła moją niezręczną sytuację i przyszła mi z pomocą. Wiedziała już jak i gdzie ma drapać, żeby już nie swędziało..śmiałyśmy się, o tej porze i po takich emocjach życie wydawało się takie lekkie i zabawne, nie czułam w ogóle zmęczenia, wszyscy którzy zostali, około dwudziestu osób, przenieśli się na patio, słońce grzało coraz mocniej, my schowani pod filarami, cały czas nie przerwanie słuchaliśmy śpiewu i od czasu do czasu Farruquito albo Farru tańczyli. Panna młoda i żona Farruquito siedziały i słuchały. Czuło się, że są już zmęczone ale wiernie czekały na swoich mężów, którzy czuli się tak swobodnie tak „A gusto” że w ogóle nie chcieli iść do domu. Nikt jeszcze nie chciał odchodzić. Faraona zdrzemnęła się siedząc na krześle, ale nie odchodziła, jej syn Barullo, skłonił głowę na nogach swojej żony i spał, ale był obecny.. Farru zamienił się swoją koszulą z jednym śpiewakiem na znak braterstwa, ja siedziałam z Isabel i uśmiechałyśmy się do siebie, obie czułyśmy ogromną radość i żal zarazem, że ta wspaniała noc dobiegła końca, że musimy już odjeżdżać, że byłyśmy świadkiem niecodziennych zdarzeń, niecodziennych przeżyć, że byłyśmy wśród wspaniałych ludzi, znakomitych artystów, których nie łatwo jest zobaczyć na co dzień, że długo nie zapomnimy tego co tu widziałyśmy, słyszałyśmy i poczułyśmy.. Tak jak powiedział niegdyś patriarcha -El Farruco- to były autentyczne „Bodas de Gloria”
Nie wiem czy udało mi się przekazać wam to wszystko? Nie wiem czy to w ogóle można przekazać, ale mam nadzieję, że nie zanudziłam was i że udało mi się przelać na papier choć trochę tej esencji, tego nektaru, tego źródła z samego źródła.. Ol!!! Niech żyją los Farrucos!!! Niech żyje flamenco!!! Katarzyna Małecka „La Yadra”